Oda do radości (w pracy)

W zeszłym miesiącu zrealizowaliśmy jeden z projektów, który nie tylko zainspirował uczestników, ale i całą ekipę Pathways biorącą w nim udział: wydarzenie artystyczne. Celem szkoleń w takiej formule jest (najczęściej) zbudowanie z uczestników zespołu, dla którego “niemożliwe staje się możliwe”; wspólne wyjście poza schematy, sięgnięcie po ukryty potencjał i wydobycie go zwykle w bardzo spektakularny sposób.

Uwielbiam wydarzenia artystyczne. Wzruszona, poruszona, roześmiana, uniesiona wracałam z tego nietypowego eventu, podczas którego, jak to ujęła uczestniczka, „odczuwałam radość każdą komórką ciała”.

Łączenie biznesu z artystami (aktorami, reżyserami, choreografami, wokalistami, plastykami,…) nieodmiennie tworzy koktajt, po którym już nic nie jest takie samo; wewnętrzne dzieci wychodzą z poważnych dorosłych i za nic w świecie nie chcą się schować z powrotem. Nagle rozmowy stają się głębsze i autentyczne, informacje zwrotne czulsze i prawdziwsze, prezentacje radośniejsze i energetyzujące, dyskusje śmielsze, decyzje odważniejsze, wzajemne wsparcie wyraźniejsze; na do widzenia więcej „misiaczków” niż uścisków dłoni, łatwiejszy dostęp do wzruszenia i delikatności.

Jak wyglądałyby firmy i biznes, gdyby częściej pozwalano na przyprowadzanie do pracy wewnętrznych dzieci? (jeśli wyobrażasz sobie właśnie zdemolowane biuro wiedz, że wewnętrznym dzieckiem spontanicznym zajmować się powinien wewnętrzny opiekuńczy rodzic ☺) Na dziecięcym poziomie spotykamy się wszyscy, bo każdy z nas, niezależnie od głębokości zmarszczki na czole, był kiedyś dzieckiem; ono czasem, jeśli spojrzymy sobie samemu i samej w oczy dostatecznie głęboko, mruga do nas figlarnie. A czasem – tęsknie. Bywa, że wystawia jęzor, jeśli za długo o nie nie dbamy.

Jednym z pomysłów, którym zaraził mnie Stephen Karpmann (twórca “Trójkąta Dramatycznego”, pracujący w nurcie analizy transakcyjnej – dla zainteresowanych i wytrwałych polecam http://www.karpmandramatriangle.com/), jest organizacja spotkań firmowych/naukowych/organizacyjnych, na których zaadresowane są trzy “stany ego”: rodzic, dorosły i dziecko. Co to oznacza w praktyce? Otóż:
•zadbajmy o jasne zasady i reguły dla rodzica (agenda, timing, framework, etc.),
•dorosły niech dostanie rzetelną informację o faktach,
•a dziecko…niech ma z tego trochę zabawy! (Przynieś ciastka? Zaskocz prezentacją? Przebierz się w strój Batmana? – to akurat z życia wzięty przykład!)
W momencie, gdy każdy ze stanów ego może dostać to, czym się “karmi”, istnieje większe prawdopodobieństwo, że twoi słuchacze będą w pełni zaangażowani.

Nie mów, że nie grałeś nigdy na nudnej prezentacji w węża, nie bazgroliłeś wizerunków “Obcych”, albo nie pracowałaś nad własną prezentacją (czy na pewno mniej nudną?) Skoro i tak każde wewnętrzne dziecko znajduje dla siebie kącik, może zadbajmy o jakąś dla nich wspólną przestrzeń.

Dorota Kożusznik-Solarska